Loader

42. PZU ORLEN Maraton Warszawski

Wygrana w maratonie warszawskim z nową życiówką 2:23:14. Ile w tym wszystkim było szczęścia, przypadku to napisał bym książkę. Jeszcze w lipcu, nie widząc kompletnie perspektyw na pobiegnięcie maratonu w tym roku, a już tym bardziej pobiegnięcia go szybciej niż 2:30 (bo wtedy na tyle się czułem). Trenowałem pod 100km, a w zasadzie kombinowałem jak by tu pod nie potrenować, a konkretniej pod Mistrzostwa Polski, które miały odbyć się końcem sierpnia w Pabianicach. W sierpniu miałem zaplanowany obóz : 2 tygodnie w Szklarskiej Porębie i 1 tydzień w Kołobrzegu. Ale po kolei…

W lipcu zaliczyłem kilka ciekawszych, dłuższych treningów –  25km, 30km, 35km, 40km (2x), które kończyłem w lekko narastającym tempie zaczynając od 4:30/km kończąc nie wiele poniżej 4:00/km. Treningi robiłem z kolegą Jarkiem Lubińskim, który również przygotowywał się do 100km (choć jego treningi czasem zamykały się w 60km – na szczęście nie ze mną). Pod koniec lipca na kilka dni przed obozem w planach z Jarkiem mieliśmy 50km narastająco od 4:20/km do 4:00/km, które miało pokazać mi, w którym miejscu jestem. Ostatecznie jednak tamtego dnia słońce, które grzało już od rana z kilometra na kilometr po zaledwie 25km wysysało ze mnie energię, pierwsze przystanki zaczęły się już po 35km a do 40km doczłapałem z przerwami, Jarek pobiegł dalej. Ten właśnie trening tak mnie zniechęcił, że zrezygnowałem z pomysłu szykowania się do 100km na Mistrzostwa Polski, bo jechać dostać łomot mnie nie interesowało. Zaczął się sierpień – pojechałem na obóz z kolegą Piotrem Treską do Szklarskiej Poręby. Pierwszy tydzień był taką improwizacją, że robiłem wszystko, a gdy Piotrek zapytał pod co w sumie trenuje na jesień to nie byłem w stanie mu nawet odpowiedzieć – treningi planując z dnia na dzień. Po tygodniu obozu jakiś cel trzeba było obrać, pomyślałem sobie – Łódź Maraton. Skontaktowałem się z organizatorem, jednak kilka dni później dostałem informację, że impreza zostanie na dniach przeniesiona dopiero na kolejny rok. Pomyślałem sobie – a może by tak Warszawa ? Szybki kontakt z organizatorem, i bęc… w połowie sierpnia miałem zaklepany start. O ile w treningu byłem jakimś tam cały czas – gorzej z formą – to pozostało 6 tygodni do startu (4 tygodnie BPS-u). Po pierwszych 2 tygodniach na obozie z kilometrażem 200km ,160km w ostatnim tygodniu, tydzień zamknąłem w 120km aby nabrać świeżości i zrobić trochę jakościowych treningów (mając już na celu start w Warszawie). O ile bazę naprawdę miałem fajną to początkowo zrobić 3x4km po 3:30/km sprawiało mi problem. Z tygodnia na tydzień szło jednak co raz lepiej, a na kilka tygodni przed startem w Warszawie lista elity prezentowała się tak : Olszewski, Nożyński, Falkowski, Soszka, Oskierko, bez zawodników zagranicznych. Była to ogromna szansa do pokazania się w „3”, bo o wygranej nawet nie śniłem. Ostatecznie wykruszył się Bartek Olszewski przez jakiś uraz, lecz pojawił się wracający po kontuzji Kuba Nowak, z najlepszą życiówką z nas wszystkich. Choć w ostatnich tygodniach forma przyszła piorunująco szybko, może też za sprawą obranego celu i motywacji to stawiałem siebie w walce o podium, ale bardziej 3-cią lokatę. Nadszedł dzień biegu, na który złożyło się tyle zrządzeń losu, że coś w tym musiało być.

Maraton w Warszawie był podzielony na 4 tury po 250 osób ze względu na ograniczenia sanitarne – 26 września biegały 2 tury i 27 września kolejne dwie Start „elity” zaplanowany był na 27 września o 8 rano. Na starcie pojawili się wszyscy, których wcześniej wymieniłem i ruszyliśmy. Bardzo szybko uformowała się grupka 7-osobowa w której biegłem gdzieś w połowie. Po kilku kilometrach biegu jednak nie czułem takiego luzu jak bym sobie życzył, takiego jaki czułem 3 tygodnie wcześniej robiąc 30km na treningu w tempie 3:30/km. Początkowo powodowało to u mnie stres, jednak trzeba było robić swoje i trzymać się w grupie myśląc o dobrym biegu. Bardzo szybko jednak ten brak luzu zaczął puszczać, minął 5-ty, 10-ty kilometr grupa cały czas w 7 osób. 10km minęliśmy w czasie 34:10 (prognozowany czas 2:24:10), kolejne kilometry leciały cały czas równo, a z przodu trudy biegu brał na siebie Łukasz Oskierko, na skrzydle mając głównie Kubę Nowaka i Bartka Falkowskiego. Co jakiś wyrwał się też Darek Nożyński, ja trzymałem się głównie z tyłu mając za sobą Wojtka Kopcia i Marcina Soszkę. Kolejne kilometry mijały bez zmian – na czubie cały czas chłopaki, ja zaczynałem czuć się co raz lepiej, jednak nikt nie machał aby robić zmiany, ani też specjalnie nie zwalniał – wręcz przeciwnie, gnali cały czas bardzo równo i wyglądali dobrze, a mnie choć korciło wychylić się na przody, to ciągle mówiłem sobie – „nie podpalaj się, chłodna głowa”. Prognozowany czas na 20km to nadal było 2:24:10 (śr. tempo 3:25/km), od grupy zaczął odpadać Marcin Soszka. Niewiele się działo na ten moment, tym samym wiedziałem, że dopiero zacznie się rozgrywka na 30 kilometrze lub chwilę po nim. Aby nie wiało nudą, mocny zryw na około 27-28 kilometrze zrobił Kuba Nowak (tempo 3:15/km). Reakcja Łukasza Oskierko była natychmiastowa – szybko zrównał do głównego faworyta. Ja w pierwszym momencie pozostałem w tworzącej się luce pomiędzy dwoma uciekinierami i Dariuszem Nożyńskim oraz Wojtkiem Kopciem. W takiej chwili za wiele czasu na namysł nie miałem, bo gdyby rywale oddalili się na 50m, ciężko miałbym tę stratę samemu zniwelować, a za szybki zryw tempa aby nadrobić stratę, mogłem słono zapłacić (a przecież kryzysy dopiero miały się zacząć). Po chwili namysłu, impulsywnie zerwałem tempo, dorównując do dwójki uciekinierów. Obróciłem się za siebie i zobaczyłem, że Darek z Wojtkiem zostali z tyłu. Chwilę później nawet wyszedłem na prowadzenie kiedy Kuba Nowak dał sygnał do zmiany.

Biegnąc w 3-osobowej „ucieczce”, zaczynałem powoli czuć się co raz pewniej i mocniej. 30km minęliśmy z prognozowanym czasem 2:23:28. Chłopaki dość szybko wyszli ponownie na przody, a tempo po momencie znów się unormowało so pierwotnego. Minęliśmy miejsce startu/mety na 32km, pozostało więc 10km do końca. Kuba Nowak zaczął zostawać z tyłu i podczas zmiany piosenki w słuchawkach, usłyszałem jego ciężki oddech – ewidentnie miał kryzys. Pomyślałem – jak nie teraz to kiedy i szarpnąłem tempem, szybko zrywając się do przodu. Łukasz Oskierko ponownie natychmiastowo zareagował dołączając do mnie, a Kuba Nowak został z tyłu. Zacząłem czuć moc, pomyślałem sobie już mniej niż 10km do końca, a ja nie ma żadnego kryzysu, ba! biegnie mi się co raz lepiej. Ryzykować? Nadal nie dopuszczałem sobie w głowie myśli, że mogę wygrać najbardziej prestiżowy maraton w Polsce. Miałem ochotę zerwać tempo biegu bardziej, ale bałem się aby nie zapłacić za to na kilka kilometrów przed końcem. Czułem już zapach podium. Podjąłem decyzję ciągnięcia równego tempa biegu i poprowadzenia go do końca z myślą, że zobaczymy co będzie dalej. Łukasz dokleił do mnie i od praktycznie 32km trasy to ja nadawałem rytm biegu, a tu choć zawsze byłem wagonikiem, który się doczepia do pociągu i czeka na końcówkę cieszyłem się, że i ja trochę roboty zrobię, bo chłop nadawał tempo biegu przez praktycznie 98% wcześniejszego dystansu i należała mu się w końcówce zmiana z mojej strony. Minęliśmy równo biegnąć 37km trasy. Pozostała ostatnia pętla 5km i któryś z nas miał zostać zwycięzcą. Czułem piekielną moc na końcówce. Z moich dwóch ostatnich życiówek 2:27:10 i 2:23:23 – po 35km musiałem się namordować z mniejszymi i większymi kryzysami a tutaj nic, kompletnie nic! Zmęczenie owszem było ale w głowie niedowierzałem, że nie ma tego bólu i zabetonowanych nóg. Szybkie rozważenie i w głowie miałem już plan, że jeśli wytrzymam ten bieg z Łukaszem do 41km to porywam się na długi finisz tak aby ostatni kilometr pobiec ile sił w nogach. Przy nawrotce mając już 40km (prognozowany czas na mecie 2:23:28) za sobą widziałem kolejnych zawodników, na 3-cie miejsce przesunął się Darek Nożyński, Kuba Nowak zszedł z trasy a 4-ty kawałek dalej za Darkiem biegł Wojtek Kopeć. Z Łukaszem dobiegliśmy do 41km, widziałem już, że biegnie na zabetonowanych nogach i to był ten moment ! Mocny zryw, na którym chyba pierwszy raz w trakcie tego biegu otworzyłem się na ból i gnałem ile sił do mety ! 42 kilometr w czasie 3:08, pozostała końcówka ! Mijam metę maratonu Warszawskiego w czasie 2:23:14 jako zwycięzca, bijąc swój rekord życiowy, a w zasadzie wyszarpując go ostatnim kilometrem w 3:08/km. Padam na ziemię, niedowierzanie, cisnące się łzy szczęścia, multum emocji !

fot. Antek Bajer

Ten ostatni kilometr pokazał, że tak naprawdę był potencjał na jeszcze lepszy wynik, ale bałem się zaryzykować wcześniej. Choć cały czas praktycznie delikatnie padał deszcz. to temperatura ok. 10-12 dla mnie była idealna – zgrało się wszystko. Grupa mocnych zawodników na zbliżonym poziomie, temperatura jaką lubię wsparcie bliskich, kilku zawodników których prowadzę dopingowało na trasie jak i rodzice. A ile szczęścia było w tym i zrządzenia losu, że w ogóle wylądowałem na tym maratonie? Szczęściu jednak trzeba pomóc, a ja przez ostatni miesiąc orałem mocno aby na zawodach dać z siebie ile się da i nie zamknąć tego roku z niedosytem. Pomimo, że gdy biegliśmy w większej grupie biegłem schowany gdzieś w środku (zawsze byłem taktykiem na zawodach i zdaje sobie sprawę że nie każdy takie coś lubi). W naszej grupie Łukasz Oskierko, Kuba Nowak i Bartek Falkowski mocno i ambitnie grzali z przodu, a jedyny zawodnik, który skorzystał trochę z moich pleców i ciągnięcia przeze mnie tempa był Łukasz Oskierko. O ile Kuba Nowak był faworytem i nie dziwiło mnie, że biegł na czubie, o tyle

Bartka Falkowskiego podziwiam, że tak sporo ciężaru biegu wziął na przodzie, co pokazuje że gość ma naprawdę mocną głowę i ambicje (ja bym tak nie potrafił i bał się).

Łukasz Oskierko (nie wiem jak biegał inne biegi ale na peacemakera na duże imprezy, ma jak dla mnie niesamowity potencjał, tym bardziej że jest kawał chłopa i prowadząc elitę kobiet to kenijki mogły by się z dwie za niego schować).

Dariusz Nożyński – niespełna miesiąc po starcie na 100km pobiegł kapitalnie w Warszawie prze-koń ! (myślałem, że po 40-stce takiego giganta w Polsce mamy jednego o imieniu i nazwisku Rafał Czarnecki, jak się okazało jest i drugi).

Kuba Nowak – choć biegu nie ukończył, to dla mnie tacy goście z takimi życiówkami to wzór.

Co obecnie u mnie ? Odpoczywam i działam z urazem (pięta haglunda), z którym musiałem męczyć ten bieg i treningi od początku lipca, gdzie doskwierało mi to już bardziej i często – nawet lekko kulałem biegając. Ten sezon kończę: 5 startów, 5 wygranych. W normalnym sezonie było by grupo ponad 20 startów, w tym jednak cieszę się, że udało się pobiec te 5. Po biegu w Warszawie mam mega motywację do walki o ambitniejsze cele, jednak do tego potrzebuję nie tylko chęci i zdrowia, ale również środków finansowych na przygotowania, obozy, suplementy, sprzęt itp. Wierzę, że za pośrednictwem tego małego/dużego sukcesu mam szansę na pozyskanie partnera, dzięki któremu będę mógł się skupić jedynie na treningu, bez zbędnego obciążenia psychicznego innymi problemami.

Jak tylko wyleczę uraz wracam do treningów pod kolejny sezon !

3 komentarze
  • Grzegorz
    Post dodany 13:29h, 06 października Odpowiedz

    Brawo Pawle !!! Tytaniczna praca i cóż za efekt 😉

  • Pingback:Podcast Bieganie.pl - Paweł Kosek - sportowiec, biegacz
    Post dodany 12:47h, 12 października Odpowiedz

    […] Moją relację z maratonu znajdziecie TUTAJ […]

  • Pingback:Przygotowania do maratonu - Paweł Kosek - sportowiec, biegacz
    Post dodany 15:19h, 30 października Odpowiedz

    […] Ostatnie dwa tygodnie do startu, to spokojne treningi na przytrzymanie formy oraz ostatni start kontrolny na 10km, na tzw. „przepalenie”. Padło na zawody w Tychach – Bieg Lorensa, które wygrałem z czasem 32:33. Ostatni kilometr w tym starcie pokonałem w tempie 3:00, co pokazało drzemiącą rezerwę. 2 tydzień do startu zamknąłem z kilometrażem 89km, więc jak widać mocno schodziłem z objętości treningowej. Całkowicie również zrezygnowałem z drugiego treningu w ciągu dnia, stawiając jeszcze mocniejszy nacisk na regenerację oraz maksymalne podleczenie w dalszym ciągu bolącej pięty. Ostatni tydzień, to łapanie świeżości z delikatnymi bodźcami podczas rytmów, oraz główne wyzwanie – wypłukanie glikogenu oraz ładowanie węglowodanów, które do tej pory działały na mnie zawsze bardzo dobrze. Obrałem już wtedy założenia startowe – bieg na wynik docelowy 2:20 – 2:25, w zależności jaka grupa się zbierze. Czułem, że mogę ryzykować na końcowy wynik 2:20 jednak wiedziałem, że będzie grupa zawodników na ok 2:24-2:26 i jedyną niewiadomą był dla mnie Kuba Nowak… Po cichu szacowałem, że zdecyduje się na bieg w granicach 2:20 (nie szybciej) i wtedy nie zawahał bym się z nim zabrać. W przypadku biegu taktycznego, planowałem trzymać się w grupie, a na końcówce dystansu zawalczyć o miejsce na podium. Bieg potoczył się… zresztą przeczytajcie sami moją relację TUTAJ […]

Skomentuj Post